piątek, 22 lipca 2016

E jak Bernhard Edmaier

Bernhard Edmaier to niemiecki geolog i fotograf, którego specjalnością (podobnie jak w przypadku francuskiego fotografa Bertrand'a) są zdjęcia z lotu ptaka.
Myślę, że nic więcej nie trzeba mówić ani dodawać - wystarczy obejrzeć przepiękne, unikalne zdjęcia ziemi i wody z powietrza - w przypadku tego fotografa prawie wszystkie żywioły złączyły się, by mogły powstać tak fantastyczne ujęcia.








 Powyższe niesamowite zdjęcia wody pochodzą ze strony:


Więcej zdjęć można znaleźć również na stronie autora:








czwartek, 21 lipca 2016

E jak ekspozycja

Ekspozycja. Ilość światła przyjęta w określonym czasie przez materiał światłoczuły (matrycę, negatyw, diapozytyw itp.). Prawidłowy stopień naświetlenia jest rezultatem właściwego doboru wielkości otworu względnego (ustalanego za pomocą przysłony) i czasu naświetlania (regulowanego przez migawkę). Dla danych warunków oświetleniowych istnieje kilka ustawień wartości przysłony oraz czasu naświetlania, które dają taką samą ekspozycję, np. [f/5.6 i t=1/1000 s] = [f/8 i t=1/500 s] = [f/11 i t=1/250 s] itd. Przeczytaj artykuł: Ekspozycja zdjęcia (EV), czyli podstawa fotografii.

(źródło: www.fotografuj.pl)


Absolutna baza fotografii, na niej opiera się każde dobrze naświetlone zdjęcie :-). A ponieważ warunki do zrobienia zdjęcia rzadko kiedy bywają idealne (na przykład: występuje zbyt duży kontrast między fotografowanymi elementami obrazu lub chcemy albo jesteśmy zmuszeni fotografować "pod słońce" itd itd), warto jak najczęściej eksperymentować z rodzajem pomiaru światła (matrycowy, centralnie ważony, punktowy), żeby zobaczyć różnice w naświetleniu poszczególnych partii obrazu i w rezultacie uzyskać zamierzony efekt.







środa, 20 lipca 2016

E jak esencja gór

Czy esencją gór jest Duch Gór? Niewątpliwie. Mieszka on przy takich szlakach - w słońcu i w cieniu,


 wśród porostów na skałach - w Karkonoszach lubi bardzo krążniczkę jaskrawą, która wytwarzając kwasy, kruszy skałę , powodując jej wietrzenie i osadzanie się drobnych drobinek gleby, na których zaczynają rosnąc najpierw małe roślinki, a potem wysokie drzewa,


i na niekończących się zielonych szlakach, które czasem mogą wyglądać jak molo - a czemu nie?:-).


Duch Gór zawsze prowadzi w górę...:-)





sobota, 25 czerwca 2016

E jak Euro 2016

... czyli jak to robią w Wałbrzychu:

- dorośli :-)







- i dzieci:-)








Tak naprawdę Wałbrzych zaczyna być pięknym miastem ze swoją neogotycką kolegiatą p.w. NMP Bolesnej i Aniołów Stróżów, dawnym pałacem rodu Czettritzów (do nich należał najdłużej jako prywatne miasteczko), pięknym rynkiem z barokowymi, klasycystycznymi (np."Kamienica pod czterema Atlantami" - obecnie pomysłowo wykorzystana przez kibiców;-)) i secesyjnymi kamieniczkami oraz Placem Magistrackim z ciekawym architektonicznie historycznym budynkiem ratusza.
I pomyśleć, że kiedyś w jednym z przewodników (mam go osobiście w domu) napisano o Wałbrzychu, że powietrze jest tam tak zanieczyszczone, że wypala kobietom dziury w rajstopach... Dziś po tym "morowym" powietrzu nie ma już śladu, a miasto "łapie świeży oddech" w odnowionych budynkach i ciekawej historii, nie tylko industrialnej.



piątek, 24 czerwca 2016

D jak Dolny Śląsk - obiecany ciąg dalszy

Skalne Miasta u naszych czeskich sąsiadów - mają ich więcej, ale największe i najbardziej znane to Teplice nad Metuji, czyli  "po naszemu" Cieplice nad rzeką Metują i Adrspachske Skalni Mesto, czyli po polsku po prostu Skalne Miasto Adrszpach. 
Wybaczcie brak czeskich liter, ale moja klawiatura jakoś ich na razie niestety nie ma na wierzchu ..;-).


"Przez długie lata wiedza o Skalnych Miastach, leżących w okolicach Teplic nad Metują i Adrszpachu, była stosunkowo niewielka. Okoliczni mieszkańcy szukali w nich schronienia, kiedy czuli się zagrożeni w swych domostwach. W skałach znajdowali kryjówkę i ochronę przed niebezpieczeństwami w czasach wojny. Dopiero około roku 1700 z sąsiedniego Śląska zaczęli przybywać do Adrszpachu pierwsi pionierzy turystyki. Najstarszy wizerunek Skał Adrszpaskich pochodzi z roku 1739.
Wiele znaczących postaci historycznych miało okazję podziwiać Skalne Miasta w Adrszpachu i Teplicach. Między innymi królowa pruska Luisa, król polski i kurfirst saski Fryderyk August, Antonin hrabia Szpork z Kuksu, cesarz Józef II, cesarz austriacki Karol i wielu innych.

W roku 1824 wśród skał wybuchł wielki pożar lasu trwający kilka tygodni, który zniszczył prawie całą roślinność leśną. Dopiero wówczas skalne labirynty stały się bardziej dostępne, a właściciele tych ziem rozpoczęli budowanie pierwszej sieci szlaków turystycznych zarówno w Adrszpachu." 

(źródło: ulotka informacyjna w języku polskim wydana przez www.skalyadrspach.cz)

No to po kolei: 

Teplice nad Metuji:

- najpierw zgłodnieliśmy nieco, przechodząc obok Składu Serów,


-potem poczuliśmy się wytwornie, wkraczając przez Skalną Bramę, przez którą przechodziła niegdyś królowa holenderska Wilhelmina wraz z królewną Julianą oraz Wolfgang Goethe,


-następnie ubawili nieco, widząc suszące się od wieków portki o wdzięcznej nazwie - Karkonoszowe szortki,


 - jeszcze potem zachwycili szeroką panoramą skał.


- i przeszli jedną z kilku kładek przez naturalnie klimatyzowane przewężenie między skałami.


 Adrspachske Skalni Mesto przywitało nas przepięknym widokiem jeziora w miejscu dawnego kamieniołomu,


- następnie Gotycką Bramą,


- kilkudziesięciometrowymi piaskowcami strzelającymi w górę,


- zachwyciło Wielkim Wodospadem z omszałymi głazami o intensywnej zieleni,


- skłoniło do refleksji nad trwałością uczuć, gdy podziwialiśmy parę odwiecznych Kochanków o sercach pewnie bynajmniej nie z kamienia,


- i pożegnało cudną panoramą.


Oczywiście pięknych miejsc i skał o fantazyjnych kształtach jest znacznie więcej w Skalnych Miastach - tyle, że chyba nie pomieściłyby się tu wszystkie....




czwartek, 23 czerwca 2016

D jak Dolny Śląsk - Sokołowsko

Kraina niesamowicie bogata pod każdym względem - historycznym, geograficznym i turystycznym; to góry, zamki, kopalnie różnych minerałów i sztolnie, uzdrowiska, opactwa, kościoły różnych wyznań, bliskość granicy z Czechami i atrakcje u naszych sąsiadów, takie jak na przykład cudowne Skalne Miasta. 
Pojechaliśmy tam głównie po to, by zobaczyć właśnie dwa z nich - Teplice nad Metuji i Adrspachske Skalni Mesto. 

Oba te rezerwaty przyrody nieożywionej były bezapelacyjnie cudowne, niepowtarzalne i zaskakujące, o czym będzie w następnej części, ale jednak, mimo wszystko, najbardziej niezwykłym i zaskakującym miejscem, które odwiedziliśmy, była 
cerkiew prawosławna pod wezwaniem Michała Archanioła w Sokołowsku. 
Maleńka, schowana za drzewami w parku zdrojowym tego bardzo znanego niegdyś uzdrowiska, 




przepięknie odnowiona,
absolutnie zawładnęła naszymi myślami i uczuciami i dla mnie osobiście to właśnie ona, zupełnie niespodziewanie, stała się najwspanialszym miejscem okolic Wałbrzycha, które już na zawsze pozostanie w moim sercu. 




Stało się tak jednak nie tylko za sprawą samej budowli, ale głównie dzięki 
bratu Łukaszowi - opiekunowi cerkwi, który zapoznał nas z jej niełatwą, bolesną historią. 




Ale jej teraźniejszością są właśnie takie osoby, jak mitrat - ks. Eugeniusz Cebulski, czyli proboszcz cerkwi, którego również mieliśmy okazję poznać, 
i brat Łukasz - młody mnich, którego słowa trafiały wprost do serca. Mówił o historii, o duchowości, o ekumenizmie w przepiękny sposób 
- w jego słowach czuć było uduchowienie i prawdę, którą ten mnich - pustelnik żyje na co dzień. 
Były to słowa nienarzucające nikomu swojej prawdy, niechcące przekonywać na siłę, pełne spokoju i pokoju, piękna człowieka, który brał je ze swojego wnętrza, z życia modlitwą i pracą, niewyuczone, niewyklepane i niebanalne, mocne w swej głębi, i stąd właśnie brała się ich siła,  niesamowita autentyczność, która skłaniała do refleksji, zapraszała do zagłębienia się w życie, jakie ten człowiek prowadzi - w ciszy i zgodzie z Bogiem, z samym sobą i z innymi ludźmi. 
Pokój i cicha radość płynęły od niego w niemal namacalny sposób i nie chciało się wychodzić z tego przepięknego wnętrza świątyni wypełnionego modlitwą i ciszą. 
Przez wiele godzin po opuszczeniu cerkwi miałam ją nadal bardzo żywo w swoim sercu i myślach i ilekroć przypomnę sobie to niezwykłe miejsce i niezwykłego człowieka, nadal bardzo ciepło o nich myślę.




Jednak po zakończeniu wizyty w cerkwi uświadomiłam sobie, że brat mówił o wszystkim i wszystkich, tylko w swojej skromności nic właściwie nie powiedział o sobie i nawet nie wiedzieliśmy, jakie ma imię i bardzo mnie to "męczyło", ponieważ imię, jakie każdy z nas nosi, jest zawsze ważne i chciałabym je znać, kiedy już miałam z kimś kontakt. 
Dzięki Beatce, która bardzo skutecznie poszperała w zasobach internetu, mogłam poznać nie tylko jego imię, ale dowiedzieć się nieco więcej o nim z artykułu - wywiadu zamieszczonego w "Dzienniku Wałbrzyskim". Nie oddaje on niestety nawet w części niezwykłego ducha i osobowości brata Łukasza, ale i tak warto przeczytać:


Nie mogę nie powiedzieć również kilku słów o historii cerkwi 
- a jest to zadziwiająca "Historia cudami pisana" 
- jak zatytułowany został artykuł zamieszczony w gazecie "Gość Świdnicki". 
Jest to chyba najtrafniejsze streszczenie, jakie można sobie wyobrazić, ponieważ niemożliwe jest, by taka historia przywracania cerkwi najpierw jej sakralnej funkcji, a potem należnej jej godności i piękna, była przypadkowym zbiegiem okoliczności... 
Poniżej cytuję jego fragmenty, a całość można znaleźć pod linkiem:


"Na wprost wejścia do świątyni, tam, gdzie powinien znajdować się obraz ołtarzowy, stał kredens. W prezbiterium umiejscowiono kuchnię, a pod kopułą świątyni sypialnie – taki obraz zobaczył ks. mitrat Eugeniusz Cebulski, gdy pierwszy raz stanął przed cerkwią w podwałbrzyskim Sokołowsku.(...)
Cud pierwszy: wiem, że to Dom Boży
Ks. Eugeniusz wybrał się do Sokołowska. – Radość mieszała się z przerażeniem – wspomina emocje sprzed kilku lat. – Cerkiewka była przepiękna, usytuowana na niewielkim wzniesieniu, wśród zieleni. Jednak dobudowano do niej taras, rozpięto na nim hamak. Kopuły nie wieńczył krzyż.
Spytałem wprost właściciela, czy byłby gotów odsprzedać budynek. Pamiętam jak dziś – głos ks. Eugeniusza łamie się. – Zapadła cisza... Gospodarz obrócił się do mnie plecami, a przodem do budynku... Zacząłem modlić się o natchnienie Ducha Świętego dla niego... „Wiem, że to Dom Boży. Dogadamy się” – usłyszałem po chwili – mówi proboszcz.
-Gdy właściciel przedstawił cenę, radość się skończyła – kontynuuje opowieść ks. Eugeniusz.(...)
Cud drugi: spotkaliśmy ludzi
Po kilku kolejnych miesiącach do fundacji Renovabis zgłosił się pan, który wyraził chęć dofinansowania jednego z projektów. Gdy przeglądał listę wniosków, zwrócił uwagę na... cerkiew w Sokołowsku. „A to?” – miał spytać. „Tym się nie zajmujemy, projekt odrzucony” – usłyszał od pracownika. „Ale ja chcę sfinansować właśnie to”. – Okazało się, że pan na cele charytatywne chciał przeznaczyć dokładnie taką kwotę, jakiej potrzebowaliśmy na wykup świątyni! – emocjonuje się ks. Cebulski. Po chwili dodaje: – Nie znamy nazwiska darczyńcy. Nigdy go nie poznaliśmy. Tu ks. Eugeniusz wykonuje szeroki znak krzyża. Na moje zdziwione spojrzenie odpowiada: – To moja modlitwa za niego. Pamiętamy o nim podczas każdego nabożeństwa w Sokołowsku, podobnie podczas modlitw odprawianych w cerkwi we Wrocławiu. Bóg zapłać!
Gotowi na kolejne cuda
(...) Chcemy stworzyć miejsce spotkań ludzi różnych tradycji i narodowości. Chcemy dać im możliwość poznania się i zaprzyjaźnienia, dostrzeżenia tego, co dzieli, ale i tego, co łączy – deklaruje ks. Cebulski."







poniedziałek, 20 czerwca 2016

D jak D-day i Robert Capa

"Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko";
te słowa powiedział kiedyś Robert Capa i stały się one mottem autorów książki pt. "Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny", o której już wcześniej wspominałam. Robert Capa był podobno cynikiem z nieodłącznym papierosem w kąciku ust i uzależnieniem od adrenaliny, którą wyzwala niebezpieczeństwo, bycie w centrum działań wojennych. Szybko zostaje jednym z najbardziej znanych fotografów wojennych. 

Robert Capa (źródło: www.konflikty.pl i www.swiatobrazu.pl)
Robert Capa – właściwie Endré Ernő Friedmann – urodził się w rodzinie węgierskich Żydów. Już jako młody chłopak interesował się fotografią, jednak nigdy nie uczył się jej w żadnej szkole, był samoukiem. Przed II wojna światową ze względu na pochodzenie Friedmann zdecydował się na emigrację. Wyjechał do Paryża, poznał tam kilka osób, a wśród nich najważniejszą - Henriego Cartiera-Bressona. Zapoczątkowało to nowy rozdział w życiu Friedmanna: zmienia nazwisko na Robert Capa i rozpoczyna przygodę jako fotograf niezależny.
Na początku II wojny światowej przedostaje się do Ameryki (problemów imigracyjnych uniknął dzięki zawarciu małżeństwa z Amerykanką ostatniego dnia ważności swojej wizy). Na zlecenie amerykańskiego magazynu "Life" 6 czerwca 1944 roku Capa fotografuje lądowanie wojsk alianckich w Normandii - znajduje się na najtrudniejszym odcinku walk. 
D-day, czyli Dzień D (zgodnie z definicją Słownika Departamentu Wojny USA termin ten oznaczał nienazwany dzień, w którym rozpoczyna się lub ma się rozpocząć dana operacja)

A OTO HISTORIA ZDJĘĆ ROBERTA CAPA Z LĄDOWANIA ALIANTÓW W NORMANDII W 1944 ROKU
"6 czerwca 1944 roku pod osłoną nocy żołnierze trzech dywizji spadochronowych – brytyjskiej 6. oraz amerykańskiej 82. i 101. Dywizji Powietrznodesantowej – postawili stopy na normandzkiej ziemi. Był to początek operacji morsko-desantowej, która (tak pod względem skali przygotowań, jak i użytych sił) stała się jedną z największych operacji w dziejach wojen w ogóle. Lądowanie wojsk alianckich w Normandii miało na celu utworzenie drugiego frontu w zachodniej Europie, wyzwolenie Francji i pokonanie III Rzeszy." (wg strony: www.konflikty.pl)

(źródło: www.konflikty.pl i www.swiatobrazu.pl)
Taki opis dalszej historii tych zdjęć znalazłam na stronie http://historiajednejfotografii.blogspot.com/2012/05/robert-capa-d-day.html:
"W momencie osunięcia się przy brzegu klapy barki desantowej, Capa podobnie jak wszyscy żołnierze trafił w sam środek piekła. Pociski armatnie i kule z karabinów maszynowych przeszywały wodę z każdej strony Roberta. Co ważniejsze fotograf zgodnie z panującym wtedy prawem również ubrany był w wojskowy mundur, dlatego nie odróżniał się niczym od wojskowych. Jego jedynym uzbrojeniem były dwa aparaty Contax. Straty były tak ogromne, iż Capa musiał przedzierać się przez dziesiątki ciał w morzu czerwonym od krwi. Przez cały czas odczuwał rodzaj strachu, jakiego nigdy w życiu nie doświadczył. Cały się trząsł i z trudem utrzymywał aparat. Żeby przezwyciężyć jednak swój strach robił to, co potrafił najlepiej, czyli wykonywał jedno ujęcie za drugim. Po 1.5 godzinie wykorzystał wszystkie rolki filmu i zdecydował, że to już najlepszy czas, by wynosić się z plaży. "
I dalsza część ze strony ze strony www.konflikty.pl
"Kurier szybko zabiera negatywy do Londynu. Czas nagli. Podekscytowany laborant, świadom, że jest w posiadaniu zdjęć z historycznego wydarzenia, chcąc przyspieszyć proces suszenia mokrych negatywów, bezmyślnie podkręca temperaturę w ciemni. W konsekwencji powoduje to stopniowe topienie się emulsji na negatywach. W wyniku nadgorliwości laboranta spośród 72 naświetlonych klatek zdołano ocalić jedynie osiem. Obraz pozostaje jednak rozmyty, nieznający sprawy mogliby przypuszczać, że w gorączce krwawego desantu to drżące dłonie Capy spowodowały nieostrość zdjęć. Początkowo laboranci „Life” wypierają się błędu, tłumacząc uszkodzenie negatywu zapewne nieszczelnością aparatu, do którego dostać się musiała słona morska woda. Gdy prawda wychodzi na jaw, Capa nie kryje wściekłości. Zarzeka się, że nigdy więcej nie przyjmie zlecenia od „Life”. Ocalałe zdjęcia zostają opatrzone redakcyjnym komentarzem tłumaczącym ich techniczne „niedociągnięcia”. Parę lat później Capa nadaje autobiograficznej książce ironiczny tytuł „Slightly out of Focus” („Trochę nieostre”).

Ten brawurowy artysta, który bardziej aniżeli kuli wrogiego snajpera bał się ustabilizowanego życia ze stałą pracą i małżonką u boku, zginął w miejscu pracy, nadepnąwszy na minę w Thai Bihn w Wietnamie 25 maja 1954 roku. Jedna z niezliczonych legend na jego temat mówi, że trzymał wówczas w ręce aparat."