wtorek, 18 października 2016

G jak góry...

... miejsce nazwane przez moją przyjaciółkę Dagmarę Narnią... 
Zgadzam się absolutnie - dla mnie jedno z najpiękniejszych i najlepszych na świecie...

Miejsce pełne cudownych wiatronogich koni - wolnych, mądrych i niesamowicie przyjaznych ludziom, 



starych łemkowskich chyż ukrytych między łagodnymi zboczami gór,


krzaków dzikich róż, z owocami o kolorze, któremu niepotrzebny żaden Photoshop,


stareńkich kapliczek, będących świadectwem wiary ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali, dla których wywiezienie w czasie i po II wojnie światowej było w większości podróżą niestety tylko w jedną stronę...
zostali zmuszeni szukać dla siebie nowego, gorszego życia gdzieś w obcych stronach..., 


przepięknych kamiennych krzyży, przy których teraz już tylko oczyma wyobraźni możemy zobaczyć stojące kiedyś domy z bujnymi ogródkami i sadami.




No i ta wszechogarniająca Pani jesień, która tylko pod prysznicem zimnego deszczu i przed śmiałkami w pelerynach, zimowych kurtkach, czapkach i szalikach, odkrywa swoje umyte aż do czerwoności kolory w plenerze:




W Beskidzie Niskim sacrum i profanum nadal, jak przed wiekami, istnieją obok siebie, bo oba te pierwiastki istnieć muszą, ale rozdzielone i traktowane z szacunkiem odpowiednim dla każdego:


Oprócz przydomowych i przydrożnych krzyży i kapliczek pozostały jeszcze przecudowne drewniane cerkwie, w których to już przepiękny ikonostas 
oddziela sferę sacrum od profanum:




Pani jesień ma dla nas zawsze swoje cenne, różnorodne dary - ale może już tylko wystarczy posmakować, popatrzeć, więc przestanę gadać...


























środa, 12 października 2016

F jak" far niente"

... czyli "nic-nie-robienie" w typowo włoskim stylu. A jeśli uzupełnimy je nieco, by brzmiało jeszcze lepiej - "dolce far niente" - wychodzi nam nic innego, jak "słodkie nic-nie-robienie" czyli włoski sposób na życie - bez niepotrzebnego pośpiechu, stresu i zajmowania się mało istotnymi sprawami. Ponieważ w życiu najważniejszy jest spokój, by móc jakoś znieść niespokojne czasy, w jakich żyjemy, i ważne są również dobre posiłki, podczas których można spokojnie porozmawiać i zrelaksować się, przy lampce lub kilku lampkach dobrego wina (we Włoszech jest tylko dobre wino, niezależnie czy posiada ono certyfikat jakości czy jest to tzw. 'zwykłe' vino della casa). Jednym słowem - miło spędzić wieczór. To cały sekret podejścia do życia, jaki mają Włosi, dlatego rzadko bywają nerwowi, a najczęściej bardzo serdeczni, uśmiechnięci i z pozytywnym nastawieniem do wszystkiego i wszystkich. Będąc tam nawet przez kilka lub kilkanaście dni warto wejść w taki rytm, spróbować czasem przepuścić główny nurt życia gdzieś obok i przy kieliszku wina lub filiżance dowolnie wybranej kawy, popatrzeć na rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Trudno przy tym oczywiście nie pamiętać o wyglądających z każdego niemal zaułka wiekach historii, które wciągają w przeszłość i pozwalają poczuć atmosferę średniowiecznego lub renesansowego życia

Niemal każde włoskie miasteczko żyje swoim własnym życiem od stuleci, dlatego każde ma swój niepowtarzalny charakter, każde jest inne.

Jest oczywiście Bolonia ze swoimi niepowtarzalnymi kilometrami arkad,


 gdzie również znajdziemy włoską wersję lokalu "Pod Papugami" ;-),


 jest gościnna winnica znanego pisarza Ferenca Mate, zagubiona wśród pól i lasów,



jest położone bardzo wysoko Spoleto z nowoczesnymi ruchomymi schodami, prowadzącymi do starego centro storico, czyli centrum historycznego,


jest maleńkie klimatyczne Trevi, które praktycznie w całości stanowi muzeum pod gołym niebem, gdzie żyje się, jak widać, jednak całkiem normalnie, 


jest uzdrowiskowe Chianciano Terme, czyli po prostu Chianciano Zdrój z wodami termalnymi i mineralnymi, gdzie gołębie pozują do zdjęć ;-),


 A poza miastami są kilometry etruskich korytarzy kutych w skale. Niewiele wiemy o tajemniczym ludzie Etrusków, a to, co wiemy, to głównie domysły... Jedno wiemy jednak z całą pewnością - najwidoczniej nie lubili wędrować po górach, ponieważ pozostawili po sobie te skalne wąwozy - pewnie po to, byśmy dziś mogli uprawiać nowy rodzaj turystyki, a mianowicie "e-trustykę", którą chcę niniejszym spopularyzować;-))))

 


Jest także Orvieto, którego katedra powstała jako przecudowny i jedyny w swoim rodzaju relikwiarz dla relikwii ciała Jezusa, w które została przemieniona hostia w 1260 r.


W Orvieto jest też ciekawa wieża zegarowa, która jeszcze ciekawiej wygląda od środka,


oraz Studnia św. Patryka, mająca dwie klatki schodowe przeznaczone głównie dla osłów noszących wodę z samego jej dna - korytarze skonstruowano tak, by wchodzące i schodzące zwierzęta nigdy się nie spotkały po drodze - mogły się widzieć tylko przez okna z naprzeciwka.


Dotarliśmy też do Civita di Bagnoregio - miasteczka, dla którego czas się powoli kończy, a tak naprawdę zatrzymał się dawno temu, ponieważ jest to "miasto, które umiera" ... 
Niedługo po tym, jak go zbudowano, okazało się, że tylko wierzchnia warstwa gruntu, do pewnej głębokości, to skała, a pod nią znajdują się pokłady gliny, która obsuwa się w bardzo szybkim tempie, powodując oberwania kolejnych fragmentów miasta. Większość mieszkańców wyprowadziła się z miasteczka, teraz jest w nim życie głównie dzięki turystom, którzy odwiedzają to niezwykłe miejsce.  


I wreszcie stolica Toskanii - Florencja, która zawsze ma klucz do mojego serca :-);-)




oraz niezapomniane krajobrazy toskańskie...


Miło się wspomina, zwłaszcza gdy za oknem nadal szaro, i tak bardzo nie chce się wracać do rzeczywistości...


czwartek, 6 października 2016

F jak freedom!

Wolność!! 
Wolność, którą daje brak opadu za oknem - wreszcie! 
Trzy dni przymusowego siedzenia w domu to wystarczająco długo dla kogoś, kto przyjechał w góry bynajmniej nie po to, by zza szyby oglądać smętne strugi deszczu, które skutecznie z godziny na godzinę pozbawiają jakiejkolwiek nadziei na krótki choćby spacer. 
Poranek dzisiejszy był jeszcze szarawy, ale jakaś ledwo uchwytna zmiana w charakterze porannego światła mówiła nieśmiało, że już nie pada. 
I tak było w istocie. 
Zatem w radosnym nastroju, zaraz po pysznym śniadaniu, niezrażone temperaturą w zawrotnej liczbie plus 3 stopnie, za to zachwycone brakiem wody w powietrzu, porwałyśmy w dłonie wiklinowe koszyki i wyruszyłyśmy na poszukiwanie grzybów. O ile las nietrudno było znaleźć, ponieważ tu wszędzie jest las, o tyle miejsca, w których spodziewałyśmy się znaleźć grzyby były odcięte totalnie błotnistą drogą lub wezbranym strumykiem. W tej sytuacji zaczęłyśmy odkrywać inny las, w którym znalazłyśmy prawie wszystkie szlachetne gatunki grzybów jadalnych i niezliczone ilości niejadalnych. 
Nasze znaleziska były reprezentowane przez następujące okazy: kurki - w liczbie : 4 ( słownie: cztery), podgrzybek - w liczbie: 1 (słownie: jeden), prawdziwek - w liczbie 1 (słownie: jeden) :-))))). Po takich zbiorach i zachłyśnięciu się cudownym leśnym powietrzem, silnie podbudowane psychicznie, niemal w euforii, że grzyby zaczęły rosnąć, wróciłyśmy do domu na ciepłą herbatkę i lunch. 

Oczywiście las jest pełen różnych innych cudowności, które również warto było zabrać ze sobą, choćby tylko na karcie pamięci.
Wśród nich były:


 huba dwubiegunowa, zauważona przez Dagę,


leśne ukwiały,


leśny aster,


oraz bukowa ekspozycja, ułożona jak na tacy w leśnym poszyciu.


F jak faza śniegu...

... która nadeszła wczorajszego popołudnia, zanim zdążyłam zagłębić się w temat upałów na toskańskiej wsi. 

A zaczęło się trochę niewinnie tak: 


potem biel rosła dookoła,



a potem zaczęłam myśleć o zamianie kajaka na solidne opony zimowe...


środa, 5 października 2016

F jak fantastyczna pogoda...;-(

... oglądana z wnętrza ciepłego domu, na zewnątrz którego dzieją się dziwne o tej porze roku zjawiska. Zamiast pięknej, październikowej ciepłej złotej jesieni, mamy jakąś zupełnie niezrozumiałą i coraz bardziej abstrakcyjną katastrofę pogodową. Cudowny krajobraz Beskidu Niskiego, który normalnie rozciągałby się dla nas na wyciągnięcie ręki i zoomu aparatu podczas planowanych wspaniałych spacerów (gdzie myśmy to miały nie iść!...), teraz jest przesłonięty raz gęstszą, raz rzadszą, ale nieustannie wiszącą w powietrzu, firanką deszczu z całą jego mokrą różnorodnością - studium deszczu mamy 24 godziny na dobę, od 3 dni... - raz pada pionowo, innym razem pod pewnym kątem, raz słabiej, to znów mocniej. Dzisiaj deszcz znudził się już chyba sam sobą, ponieważ dla odmiany od jakiejś dłuższej chwili raczy nas swoją nową tej, hmmm jesieni, wersją - mianowicie w połączeniu z białym paskudztwem zwanym śniegiem. Aurze tej towarzyszy temperatura w zawrotnej wysokości 3 stopni Celsjusza, z odczuwalną dla nas minus 3 stopnie... Chmury o wdzięcznej nazwie nimbostratus i stratus częstują nas tą wyrafinowaną mieszanką zupełnie swobodnie i bez ograniczeń i jak najbardziej wytrwale...
Jedyne, na co nas stać w tej sytuacji, to wyjście na balkon na czas potrzebny aparatowi na otwarcie i zamknięcie migawki  - i to w trybie sportowym, żeby było szybciej i tylko po to, by po raz setny przekonać się, że pada nadal i padać nie zamierza przestać...






Nam w tej sytuacji pozostaje własne towarzystwo, na które zresztą absolutnie nie narzekam (wręcz przeciwnie), ciepłe i bardzo miło i komfortowo urządzone wnętrza domu w Gładyszowie i towarzystwo przemiłych gospodarzy agroturystyki Malowane Wierchy. Gdyby nie to wszystko - wraz z potopem za oknem - zatopiłyby nas fale nudy i zniechęcenia. 
A tak MAMY CZAS na wszystko, nareszcie! 

Możemy nagadać się do woli, chociażby o fantastycznych zdjęciach, które mogłybyśmy zrobić, gdyby nie zaporowa wilgoć i temperatura, powstrzymujące nas skutecznie nawet przed półgodzinnym spacerem..., 
rozmawiamy też o mrożonych grzybach, które tylko czekają na nas w pobliskim lesie..., 
no i o konnym spacerze w terenie - przecież konie umieją pływać...

Taka pogoda sprzyja wspomnieniom ciepłego lata, którymi katujemy się od czasu do czasu, smętnie i tęsknie spoglądając to za okno, to znów właśnie w niedaleką przeszłość, gdy nawet nieco narzekało się na upały, teraz mówiąc o tym z niejakim zażenowaniem...
A o upałach będzie następnym razem, żeby porównanie z obecnym stanem rzeczy nikogo nie poraziło swoim kontrastem... ;-)


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

F jak fotografia oczywiście

Fotografia. Wiele rozmaitych technik, mających na celu zarejestrowanie pojedynczego obrazu za pomocą światła. Potoczne zakłada się wykorzystanie układu optycznego, choć nie jest to konieczne. W fotografii tradycyjnej (analogowej) do rejestracji obrazu wykorzystuje się światłoczułe związki chemiczne, współcześnie głównie związki srebra. Fotografia cyfrowa (elektroniczna) do uchwycenia obrazu wykorzystuje specjalne sensory (przetworniki, matryce) światłoczułe, które przekształcają padające światło na zapis cyfrowy.

(źródło: www. fotografuj.pl)


Fotografia nie mogłaby istnieć bez... fotografa:-), ale są też fotograficy i fotoamatorzy:


Fotograf. Człowiek zawodowo trudniący się fotografią. W polskiej nomenklaturze przyjęło się tak określać fotografów-rzemieślników w odróżnieniu od artystów parających się fotografią → fotografików. Powszechnie jednak określa się tak wszystkie osoby zajmujące się fotografią, w tym również → fotoamatorów.

(źródło: www. fotografuj.pl)



Tyle suche techniczne definicje, a tak naprawdę czym jest fotografia? Tym, co człowiekowi w duszy gra i co stara się przekazać przez swój sposób patrzenia, widzenia, kadrowania - fotografia to taki swój własny świat stworzony trochę na nowo z tego, co nas otacza. Dla mnie zawsze jest niesamowite, że kilka osób może fotografować, będąc w tym samym miejscu, a każde zdjęcie będzie absolutnie inne - to jest wspaniałe w fotografii. Dla mnie fotografia jest czymś, dzięki czemu lepiej zapamiętuję poznawane miejsca, jest zabraniem ze sobą do domu kawałka wakacji, kawałka przestrzeni, w której byłam i już może nigdy więcej nie będę - a już na pewno nigdy w tych samych warunkach, jeśli chodzi o zastane światło.

 "Fotografia" pochodzi z języka greckiego i oznacza dokładnie:
φωςphōs, D. phōtós – światło; gráphō – piszę, graphein – a zatem oznacza rysowanie, pisanie za pomocą światła. 

Taki czarodziejski klimat trwa czasem sekundę, innym razem kilka minut i wspaniale, jeśli uda się go uchwycić - chociażby jak ostatnio na dość mokrym tego dnia czerwonym szlaku na Równicę. Szlak znany i uczęszczany, ale oglądany przez pojawiająca się nagle mgłę, traci swój codzienny wygląd i staje się, choć tylko na niedługą chwilę, zupełnie innym szlakiem, zupełnie innym światem, zupełnie innym wymiarem.