poniedziałek, 9 maja 2016

C jak chcemy pomagać


Robiąc coś razem zmieniamy świat - to nasze małe codzienne rewolucje. 

Dlatego serdecznie dziękuję nauczycielkom - w tym przede wszystkim mojej przyjaciółce Beatce oraz rodzicom dzieci z Miejskiego Przedszkola nr 44 w Sosnowcu za zebrane w ramach wielkanocnego kiermaszu pieniążki, które właśnie zostały przesłane na konto Misji Sióstr Boromeuszek w Mpanshyi w Zambii. 
Również paczka o numerze  CP 161 205 535 PL, zawierająca ręcznie robione sweterki, szczęśliwie dotarła na pocztę w Lusace. 

Wszystkim, jako podziękowanie, dedykuję piosenki, które powstały w ramach projektu "Playing for Change" - przedsięwzięcia, którego główną ideą jest zjednoczenie muzyków i wokalistów z całego świata poprzez nagrywanie znanych piosenek wykonywanych przez miejscowych, najczęściej zupełnie nieznanych muzyków. To dobroczynna inicjatywa, łącząca muzyków z różnych części świata.

Tak pisze o tym pomyśle portal www.universalmusic.pl:

"Album 'Playing for Change' powstał w wyniku wspaniałego przedsięwzięcia, którego głównym przesłaniem jest zjednoczenie muzyków i wokalistów z różnych części globu. Projekt istnieje już dziesięć lat, a jego inicjator Mark Johnson udowadnia nam wszystkim znaną powszechnie prawdę, że to właśnie muzyka przełamuje granice i różnice miedzy ludźmi: „Akt muzykowania z ludźmi różnych kultur, religii i społeczeństw ma potężną siłę. Pokazuje, że możemy znaleźć wspólne drogi i pracować razem, dzielić nasze doświadczenia z kimś innym w pozytywny sposób.” Muzyka łamie ściany między kulturami, ma znaczenie nie tylko estetyczne, staje się narzędziem, zbliża do siebie ludzi, bezgranicznie pomaga w międzyludzkim porozumiewaniu.

Johnson i jego grupa podróżują po świecie poszukując i nagrywając mało znanych muzyków z najodleglejszych miejsc świata. Wykonywanej, często nieznanej w niektórych krajach muzyce nadają wymiar ogólnoświatowy. Znamienna była podróż grupy Playing for Change do Nowego Orleanu tuż po kataklizmie huraganu Katrina: „Miasto było zdewastowane, smutne i opuszczone” – mówi Johnson. „Muzyka w klubach i na ulicy nie ustawała, utrzymywała miasto przy życiu i dawała poczucie nadziei.” Kiedy odwiedzili Południową Afrykę wśród otaczającego ich cierpienia, które było następstwem apartheid`u zobaczyli maszerującą ulicami kilkutysięczną grupę śpiewających ludzi. „Byli silniejsi od najpotężniejszej broni”. 

Współpraca z muzykami z najbiedniejszych części świata zainspirowała PFC do złożenia fundacji oferującej pomoc muzykom i ich społecznościom w zakresie edukacji (Ntonga Music School w Południowej Afryce), wyposażenia w instrumenty muzyczne i inne sprzęty, organizacji koncertów dobroczynnych i tras koncertowych oraz sponsorowania nagrań i wydarzeń muzycznych."


Może niecodziennie możesz zrobić coś wielkiego, ale na pewno codziennie możesz zrobić coś dobrego. 


To fantastyczne, że każdy z nas może znaleźć dla siebie jakieś miejsce, w które jego pomoc będzie znakomicie trafiała, dostrzec jakiś brak, któremu może zaradzić, pustkę, którą może wypełnić radością, uśmiechem, NADZIEJĄ NA ZMIANĘ. 


Zatem "PLAYING FOR CHANGE" jest DLA WAS!
Dla Was wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób pomagaliście i pomagacie:-)





Miłego słuchania i wspaniałych inspiracji!






środa, 4 maja 2016

D jak doskonała pogoda na wycieczkę

Dzień 3 maja zawsze jakoś szczególnie nastraja na... majówkę;-). Choć przewidywania pogody były tak naprawdę... nieprzewidywalne i do końca nie było wiadomo, jaka aura nas czeka, bez wahania wyruszyliśmy w stronę Pszczyny, gdzie już od XV-ego wieku czeka na nas pałac książąt pszczyńskich przystrojony w słońce,


otoczony zielonym parkiem


i wiosennymi kwiatami.


Pałac kryje piękne, ze smakiem i elegancją zaaranżowane wnętrza - bez przesadnego przytłaczającego przepychu, za to czasami nawet zaskakująco przytulne i kameralne, mimo wielkości i przeznaczenia niektórych z nich - miło by się tam mieszkało również dziś, choć zbrojownia była nieco onieśmielającym zbiorem wszelakiego rodzaju broni, którą bez wątpienia przysparzano sobie nawzajem wielu kłopotów w czasie wojen i pojedynków. 
Nad wszystkimi tymi pałacowymi pomieszczeniami unosił się duch jednego z właścicieli posiadłości w XIX wieku - Hansa Heinricha XV oraz powiew osobowości jego żony - słynnej z urody Angielki Marii Teresy Cornwallis-West, zwanej Daisy - uznawanej za najpiękniejszą kobietę epoki. Zresztą spotkaliśmy ją tego dnia jeszcze raz, w innym pięknym miejscu, ale o tym później. Z pałacem na krótko związana jest też osoba cesarza Wilhelma II, który w czasie I wojny światowej miał tu swoją kwaterę i siedzibę sztabu wojsk niemieckich. Wojenną historię pałacu kończy umieszczenie w nim po wkroczeniu do Pszczyny Armii Czerwonej w 1945 roku szpitala przyfrontowego. Na szczęście zamek nie ucierpiał wskutek działań wojennych, nie został zdewastowany ani rozkradziony i niedługo po zakończeniu wojny, bo już w 1946 roku został przekształcony w muzeum i udostępniony zwiedzającym. 


Nie mniejszą, choć zupełnie innego rodzaju atrakcją Pszczyny jest Zagroda Żubrów, znajdująca się niedaleko zamku. Jak każdy wie, to duże zwierzęta - dorosłe samce mogą ważyć do 900 kg i dorastać do 180 cm w kłębie... Zjadają od 40 do 60 kg wegetariańskiej paszy dziennie - smakuje im prawie wszystko - rośliny, trawa, żołędzie, liście i gałęzie drzew, kora brzóz. 
Co chwilę urządzają sobie zawody sportowe - najczęściej zapasy, albo raczej "zarogi";-), a te wszystkie atrakcje w cenie jednego biletu;-)))



Pawie mogą podziwiać je zupełnie za darmo, 


kibicując donośnymi głosami i jednocześnie prezentując spokojnie, z leniwym dostojeństwem i bez obaw przed ludźmi swoje niewątpliwe wdzięki:


W osobnych zagrodach można było zobaczyć piękne daniele, jelenie, muflony, nie mogło oczywiście również zabraknąć poczciwego osiołka.


Natury nigdy nam nie dość, więc następnym - może ładniej nieco pachnącym ;-) punktem programu były ogrody w Goczałkowicach - to tam, wśród kwiatów i niezliczonej ilości krzewów, krzewinek i drzewek, spotkaliśmy ponownie księżną Daisy


Nie zakłócając jej zbyt długo spokoju, powędrowaliśmy dalej alejkami wijącymi się wśród bujnej roślinności, odnajdując wśród tego mnóstwa cudownej wiosennej wegetacji 

 



ciągle miłe i zaskakujące elementy dekoracji;

a to zafrasowaną czymś czaplę,


to znów maleńkie przytulone do siebie sówki,


 konika pięknej maści 


i aniołka, w którego zielonych zadumanych oczach odbija się to, co najlepsze,


czego i Wam na wiosnę życzę :-))))))




czwartek, 28 kwietnia 2016

E jak efemeryczny

... wg Słownika Wyrazów Obcych PWN znaczy "krótkotrwały, szybko przemijający 
(z greckiego ephemeros = jednodniowy)"

Taki właśnie był wczorajszy zachód słońca nad lotniskiem w Katowicach-Pyrzowicach. Po bardzo zachmurzonym, deszczowym dniu, nagle o godzinie 19.50 na niebie objawiło się coś na kształt eksplozji światła i kolorów. Jak każda eksplozja, trwała bardzo krótko, ale była tak piękna i zaskakująca, że oprócz podziwiania jej dla samej siebie, postanowiłam utrwalić również dla innych to codzienne, a jednak tego wieczora tak niecodziennie piękne zjawisko, czym miałam pod ręką, czyli niestety tylko telefonem komórkowym. Jednak mam nadzieję, że użyty sprzęt nie ujmuje aż tak wiele z jego piękna i czaru. W tej scenerii nawet dymiące w tle kominy Huty Cynku w Miasteczku Śląskim dodają mu uroku, co w normalnych warunkach byłoby jedynie zaprzeczeniem pięknego krajobrazu.


Ten widok przywodzi mi na myśl przynajmniej dwa skojarzenia literackie - Andrzej Stasiuk w swoich "Opowieściach galicyjskich" pisze, że "emaliowana pokrywka nieba szczelnie przylegała do ziemi", i pamiętam jeszcze, że w innym miejscu pisze o ogromnym, ale niewidzialnym patyku, którym ktoś się posłużył, by włożyć go między chmury a ziemię i unieść je nieco, jak wieko - i jestem całkowicie pewna, że tak właśnie się stało wczoraj w porze zachodu słońca.

A teraz jeszcze "właściciel" ogonka widocznego na pierwszym zdjęciu - teraz w całej okazałości - Airbus 320 linii Wizzair, który kolorystycznie również doskonale wpisuje się w klimat tego zmierzchu.


Zachód słońca, podróże - to przywołuje moje drugie skojarzenie, a wraz z nim mojego ulubionego małego, wielkiego podróżnika, jakim jest Mały Książę, którego spotkał w swoim życiu Antoine de Saint-Exupery. 
Mały Książę był szczęściarzem - każdego dnia mógł oglądać na swojej planecie 43 zachody słońca. Wystarczyło tylko, że nieco przesunął krzesełko.

I miał jeszcze różę, która była taka efemeryczna...



środa, 27 kwietnia 2016

F jak fragmenty przeszłości

Dobrze się dzieje, że czasem pewne formalności, przyziemne sprawy, które trzeba załatwić w urzędzie lub w sądzie, są okazją do tego, by powrócić do świata, którego już nie ma - do krainy naszego dzieciństwa, do beztroskich letnich dni spędzanych przez wiele lat u babci na wsi. 

Na szczęście czas dotyka tylko rzeczy, ale nie wspomnień. 
A one, skonfrontowane z nami, teraz już tak zwanymi dorosłymi ludźmi, w naszej teraźniejszości, są przecież ciągle jej nieodłączną częścią, poza tym zawsze jest w nas "dziecko", z którego nigdy tak całkiem nie wyrośliśmy, i wyrosnąć tak naprawdę nie chcemy.
Bo przecież to wszystko było tak niedawno... a i teraz jest na wyciągnięcie myśli... 
I z tych wszystkich źródeł oraz z pozostałości rzeczy materialnych możemy czytać  jak z księgi - wydawałoby się, dawno już zamkniętej... 

Z każdego zakątka podwórka babci, ze wszystkich dawnych zabudowań - mieszkalnych i gospodarczych, choć tak niewiele z nich po latach już zostało, ponieważ od dawna nikt już tam nie mieszka - gdzie nie spojrzeć, nagle wykwitają w myślach obrazy - jak żywe - zawias okna, przez które tyle razy wpadało poranne wakacyjne słońce, wyciągając nasze potargane głowy spod pierzyn, 


dawny kurnik, do którego codziennie chodziło się po świeże, szczęśliwe - jak je dzisiaj nazywamy, a wtedy najnormalniejsze w świecie - jajka; dziś zostały po nim, oprócz ścian, tylko stare drzwi, ale z nowym, przebijającym się życiem - życiem, które przecież nigdy nie uznaje pustki i wypełnia sobą każdy brak. 


A Pani Wiosna jest bogaczką, która ma wszystkiego mnóstwo. Teraz głównie do niej należy także nasza stara grusza przy stodole, ubrana na biało w miliony drobnych kwiatów, a latem uginająca się pod ciężarem dojrzałych słodkich owoców, tak ulubionych również przez osy, z którymi zawsze przychodziło nam się zmierzyć.  


Własnością Pani Wiosny jest również pas zielonej łąki za stodołą - świadka naszych dziecięcych zabaw 


oraz okno do innego świata - do naszej prywatnej małej Narnii, którą dzieliliśmy z sąsiadami.


I choć dziś wszystko jakby nieco zmalało, zmniejszyło swoje rozmiary, to do ożywienia wspomnień potrzeba przecież tak niewiele... 

I okruchy pamięci składają się na obraz, który wciąż karmi nasze dusze.



wtorek, 26 kwietnia 2016

G jak gościnnym jurajskim szlakiem

...oznaczonym początkowo kolorem zielonym, na który weszłyśmy z wygodnego parkingu w pobliżu karczmy "Skalny", mieszczącej się między miejscowościami Hucisko i Rzędkowice.


Jak nietrudno się domyślić, Skały Rzędkowickie wyrastały tuż przed nami, widoczne już na początku szlaku.



Ciągną się one na długości prawie kilometra, najwyższa - Okiennik osiąga wysokość 35 m., a druga pod względem wysokości Turnia Lechwora - 25 m. 
Inne skały mają równie interesujące i wdzięcznie brzmiące nazwy: Polna Turniczka, Mała Grań, Baszta, Turnia Szefa, Mnich czy Flaszka. 

Zawsze bardzo białe, na wiosnę stają się jeszcze bielsze w towarzystwie wszechobecnych, przepięknie kwitnących śliw tarnin. Krzewy obwieszone są kwiatami, a skałki wspinaczami, dla których to miejsce jest jednym z najbardziej popularnych i ulubionych miejsc wspinaczkowych. 



Po pewnym czasie zielony szlak przeszedł w czerwony, a skałki ustąpiły miejsca lasowi,


który jednak za chwilę zgodnie zaczął dzielić miejsce ze Skałami Morskimi,


które są pięknym, omszałym i porośniętym inną drobną roślinnością przedsionkiem


Zamku Morsko, zwanego również Bąkowcem. 
Niezbyt wysokie ruiny tego  XIV-wiecznego zamku, którego położenie i budowa kwalifikują jako strażnicę obronną, są otoczone przez miejsca przeznaczone na odpoczynek i ognisko. 
Jedno i drugie bardzo nam się przydało po wędrówce - widok ognia, a następnie pyszny obiad w pobliskiej restauracji  rozgrzał nas nieco, gdyż wiosna, choć w pełni niezliczonych odcieni zieleni, tego dnia nie była zbyt ciepła. 


Po takim regeneracyjnym przystanku, udałyśmy się czarnym Szlakiem Kroczyckim na poszukiwanie naszego środka transportu pozostawionego na parkingu w punkcie wyjścia. 
I tak zakończyła się nasza kolejna sobota cudownie spędzona na jurajskim trakcie.

czwartek, 21 kwietnia 2016

H jak Huraaaa!

Huraaaa, ponieważ oficjalnie, czarno na białym czy też zielono na czarnym mamy wiosnę! Wiosna może być różna - nasza jest taka... swojska można powiedzieć, ot, na miarę naszych polskich klimatycznych możliwości. I tu przypomina mi się mój ulubiony, niezrównany opis wiosennej melancholii autorstwa  pana Andrzeja Poniedzielskiego:

Wiosna przyszła...


Wiosna przyszła z tą swoją zielenią
blade toto, niemrawe, brudzi,
zanim jakie kwiatki wystrzelą
to nastęka się, namarudzi...


No i co, że ptacy wrócili?
No i co, że fruwają w parkach?
- tyle że w jakich drzewach czy hebziach
z przeproszeniem złożą swe jajka.
Te zającki, królicki, kacuski
wszędzie - w lasach, po łąkach, po domach.




Mam się cieszyć, że "budzi się życie"
- mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją,
blade toto, niemrawo się dłubie.
Pytam - czemu NA SZCZĘŚCIE?
Pytam - czemu NAJBARDZIEJ?
Pytam - ... czemu ja tak to lubię?





wtorek, 19 kwietnia 2016

I jak inauguracja

Inauguracja WSW - czyli Wiosennego Sezonu Włóczęg - czyli jak zwykle w drodze - choć była to jeszcze właściwie przedwiosenna sobota i przedwiosenna włóczęga. 
I była to droga "od serca" :-).
Ponieważ już na samym jej początku trafił nam się taki oto równie sympatyczny, co niezobowiązujący dialog z jeszcze bardziej sympatycznym gospodarzem domu położonego tuż przy niebieskim jurajskim szlaku:




- Dzień dobry! Czy to Pana pomysł, żeby tak spleść gałęzie?
- Dzień dobry! Dziękuję bardzo! :-). Musieliśmy je przyciąć, potem tak wymyśliliśmy.
- :-) :-) Bardzo nam się podoba! A czy to drzewo będzie kwitło?
- Nie, to jest klon.
- Wrócimy tu jesienią, to zobaczymy, czy zmieniło kolor na czerwony.
- To wy macie zamiar iść przez Kaszuby?...;-)
- Ziemia przecie łokrągło...;-)
- Ano, prawda! Do zobaczenia!
- Do widzenia!

I w ten oto sposób w jeszcze świetniejszych humorach powędrowałyśmy dalej w zieleń...




... i w jeszcze inny wymiar...




... a Góra Zborów mocno pachniała tarniną... 




... na końcu szlaku żegnało nas inne drzewo....




... a nasze serca były już tylko zielone...